Nasza rzeczywistość jest złudzeniem, aczkolwiek bardzo przekonującym - Albert Einstein
RSS
piątek, 13 lipca 2018

Inspiracją była notatka dziennikarska określająca trenera chorwackich piłkarzy, jako człowieka z PRZECIĘTNYM CV.

 

Jako Polak z bardzo przeciętnym CV, bez widoków na emeryturę i bez ubezpieczenia na "wszelki wypadek" jestem przekonany, że ta "straszliwa" przypadłość już w niedługim czasie się skończy; bycie Polakiem i Człowiekiem...choć los ludzki jest bezwzględnie niepolski, to w tej mojej przeciętności los człowieczy będzie równie przeciętny, jak zresztą los każdego. Więc pytam, jakie znaczenie może mieć przeciętne CV w tym naszym przeciętnie głupim polskim świecie i świecie przeciętnej ludzkości w ogóle?

Jednostki ponadprzeciętne mają się lepiej od ludzkich "ułomków" z przeciętnym CV tylko dlatego, że ta reszta robi robotę, by ich nieprzeciętność mogła błyszczeć na tle pozostałych. Jednakże jestem pewien, że każdy przeciętny człowiek ma o wiele więcej do zaoferowania światu niż jednostka wybitna; po prostu jest nauczony, że ktoś jest nieprzeciętny albo zwyczajnie temu przeciętnemu, by być nieprzeciętnym zwyczajnie nie jest to do życia niezbędne. 

06:45, osho713
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 lipca 2018

Niezawinionym wynalazkiem piekielnym jest "ekonomia uczuć".

Z jakichś powodów ludzie kłamią, zatraciwszy sens i istotę tego, co w wynaturzeniu szczęścia przynosi szczęście pozorne. W dobie zależności istnienia potrzeb niższego i wyższego rzędu zatracamy granice pomiędzy tym, co naprawdę ważne, a tym, co konieczne. Nie sposób zaspokoić bowiem jego potrzeby ponadnaturalne, ale za to dość łatwo przychodzi mu przekraczać granice absurdu, by zaspokoić żądzę posiadania. Definicja dobrobytu (za Wikipedią):

Dobrobyt - to stopień, w jakim dana osoba czuje się szczęśliwa lub zadowolona z życia (N.G. Markiw, M.P. Taylor 2015, s.266). Jego istotnym elementem jest ocena poziomu dobrego samopoczucia z dostępnych warunków gospodarczych, kulturowych, politycznych i środowiskowych.

I teraz nijak się ma to do uczuć wyższych, co najtragiczniejsze pierwsze słowo w ich określeniu to "emocja". Czy nikt nie pokusi się o zrozumienie, że emocja jest skrajnym określeniem stanu uczuć, które wyrywają się spod kontroli umysłu, by w pomieszaniu z takimi czynnikami jak np. dobrobyt stworzyć piekło na ziemi?  

Pewien samuraj przyszedł do mistrza Hakuina prosząc go, żeby powiedział czym jest piekło; ten jednak rzekł:

- Czy taki typek jak ty, który tylko umie posługiwać się mieczem i siekać ludzi może zrozumieć, czym jest piekło?

W duszy samuraja od razu zakotłowały się emocje i dobył miecza, odgrażając się Hakuinowi, że zetnie mu głowę jeśli nie odwoła swoich słów. Wtedy Hakuin powiedział: 

- Widzisz, to jest piekło.

Samuraj nagle zrozumiał naukę mistrza, schował miecz i rzekł:

- Dziękuję mistrzu za tę naukę.

- A to jest niebo - odrzekł Hakuin.

W definicji dobrobytu nie ma słowa o równowadze, nie ma słowa o uczuciach, jest za to o tym, że poziom szczęścia jest zależny od poziomu dochodów i o uzależnieniu od nich samopoczucia, co oczywiście z punktu widzenia równowagi wewnętrznej, która zarządza emocjami jest brednią.  Przyjmijmy, że dwoje młodych ludzi chce stworzyć rodzinę,  poznając się zakochują się w sobie. Po jakimś czasie ich "rzeczywistość miłosna" zamienia się w rzeczywistość ekonomiczną, która nie odzwierciedla żadnej z wcześniejszych wartości. Kierując się uczuciami wyższymi, czyli emocjami dociera do nich, że codzienność we dwoje nie ma nic wspólnego z tym, co wcześniej czuli do siebie, bo tak naprawdę poziom ich szczęścia zaczyna zależeć od tego, gdzie pojadą i ile zarobią. Zaczynają żyć w ekonomicznym piekle, żeby przetrwać. Wyższe uczucia będąc zależnymi od bytu stanowią o tym, jak daleko człowiek jest w stanie okłamać siebie i innych, nie widząc jak targają nim emocje, gdy dostając to, co chce za pieniądze może zaspokoić na chwilę nigdy niezaspokojone ego. Budząca się w człowieku potrzeba zmiany zewnętrznej, utrzymania formy, wyglądu jest tak naprawdę rachunkiem ekonomicznym, którego celem jest pokazanie siebie i wywołanie emocji, które nie mają nic wspólnego z uczuciami, a bardziej zależnością ekonomiczną. Wszystkie przedmioty i potrzeby wynikające z dobrobytu są w obiegu po to, by tworzyć nie dobrobyt, ale niedosyt. Skąd ma się wziąć szacunek do drugiego człowieka i jego uczuć, skoro dąży do tego, by emocje wzięły górę nad potrzebą miłości, która zatraca swoje znaczenie w tzw. dobrobycie?

05:35, osho713
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 lipca 2018

Błędem jest pisać o błędzie,

gdy człowiek stracony jest dla jednej rzeczy

i żyje w tym obłędzie.

W relacjach między ludźmi perspektywa znacznie się zawęża do widzenia kogoś przez własną interpretację tej postaci, czyli przez ciasny pogląd, który także (jak wszystko inne) został ukształtowany w przeszłości.   

Ten mnie okłamał, tamten nie spełnił obietnicy, temu już nigdy nie zaufam, ci nam w przeszłości dali popalić, im nie można tego darować.

Jesteśmy uczeni patrzenia na własne błędy, nie po to, by z nich wyciągać naukę na przyszłość, ale by pamiętać o tym jak bardzo do dupy jesteśmy. Jeżeli nawet uważasz, że twój błąd jest źródłem wiedzy o tobie często wiedza o nim innych osób sprawia, że żyjesz wstydem, gdyż będą ci o tym przypominać. To samoupokorzenie i upokorzenie na ogół bierze się stąd, że nie nauczono nas doceniać i widzieć swoje zalety  jako większą perspektywę dobrej całości, ciesząc się, iż wiele rzeczy zwyczajnie się udało. Wstydem jest niekiedy przyznać się, że zajęliśmy  trzecie miejsce, a nie pierwsze; to rozgoryczenie wynika z wciąż niezaspokojonej potrzeby współzawodnictwa, bycia lepszym, chociaż przez chwilę od kogoś, kogo można wskazać palcem, że był gorszy; najgorszym wskazaniem jest oczywiście to masochistyczne spoglądanie wstecz, które widzi w sobie albo w kimś zaledwie jeden życiowy błąd, przekreślający właściwie sens reszty życia -  tak rodzą się samobójcy.

Wciąż nie jesteś dość dobry, by coś zrobić po swojemu, nie dość dobry, by zmienić spojrzenie na siebie i innych, gdyż nasza kultura mówi tylko, że wybacza, ale nigdy nie zapomina. Tak też, ten który siedział, siedzi resztę życia. Najlepszym miejscem jest poletko rodzinne, w którym każdy ma coś komuś do zarzucenia i do  poprawiania oraz ulepszania na swój "najwłaściwszy z możliwych" sposób. Żona mówi mężowi jak ma się ubrać na spotkanie z "mamusią", mąż wciąż wytyka jak trudno jest słuchać tego samego, a ta reszta gdzieś ginie w otchłani fajnych rzeczy, które zapewne polegają na częstym pomaganiu sobie i wspieraniu się w trudnych chwilach, a  jednak to wciąż za mało. Ciągle jest w nas coś do poprawiania, korygowania, ulepszania, jakby inne życie nie istniało, to które jest zrobione dobrze albo wystarczająco dobrze, by mogło być uznane jako dobre. 

11:21, osho713
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 lipca 2018

"Aby osiągnąć (szczęście), trzeba spełnić trzy warunki: być imbecylem, egoistą i cieszyć się dobrym zdrowiem. Jeśli jednak nie spełnicie pierwszego warunku, wszystko jest stracone".

- Flaubert. 

To jeden z poglądów na temat szczęścia. Machinalnie instynkt tworzy momenty, w których jesteśmy skłonni do osiągania szczęścia, lecz jest to tak krótkotrwałe przeżycie, że jego ulotność rzeczywiście robi z człowieka imbecyla. W tej drobnej dozie szczęścia fizycznego mamy często do czynienia z ukrytym negatywizmem,  który możemy określić jako źle pojętą przyjemność. Zajarany chłopak na widok ładnej dziewczyny może poczuć przypływ przyjemności, i nawet jeśli uda mu się w jakiś sposób spełnić zachciankę, osiągając przy tym szczęście kopulując w myślach, w rzeczywistości albo samodzielnie w nierzeczywistości po pewnym czasie dozna dyskomfortu z powodu ulotności przeżycia. Bywa też, że cały czar pryska, gdy to ogłuszenie widokiem nie zamieni się w jedno zdanie wypowiedziane na głos ze strony obiektu pożądania. 

W naszym świecie pełnym doznań istotą szczęścia bywa jego krótkotrwałość, bowiem przyjemność płynąca z dogadzania sobie, ten negatywizm, obraca się w końcu w zwyczajność albo nawet w nienormalność. Gdy jemy rzeczy, które sprawiają, że czujemy się dobrze można doznać szoku, iż za kilka miesięcy będziemy wyglądać " o wiele lepiej".  

Pewne doktryny zabraniają nam być egoistami wynurzając się z poglądu, że życie ma sens, gdy pomagamy innym, ale nawet to ma podłoże "egoistycznego altruizmu", który czyni z tego posługę na życie wieczne; taki masochizm duchowy.  Zajarany ma przechlapane, ponieważ tyle razy płonie emocjonalnie, że w końcu nie umie się ugasić, aż jego instynkty wygasając same z przyczyn biologicznych uczynią z jego życia piekło, zanim dostąpi "niebiańskich rozkoszy". 

07:37, osho713
Link Komentarze (1) »
sobota, 07 lipca 2018

Pogodzenie wszystkiego jest niemożliwe, znalezienie "złotego środka" może oznaczać, że jesteśmy gdzieś, ale jego centrum leży tuż w okolicach dupy. 

Przyjmijmy, że ktoś zakłada, iż będzie dobrym ojcem i gdy już ma te dzieci musi wybrać: jaki jest dobry ojciec? Czy taki, który wychowuje dzieci i jest z nimi, spędzając każdą wolną chwilę na ich wychowaniu? Czy też ten, który ciężko pracuje będąc ojcem wtedy, gdy czas mu na to pozwala, bo uważa, że dobry ojciec może wynagrodzić swoją nieobecność fajnymi gadżetami i strategicznymi posunięciami na przyszłość, zapewniając im wikt, opierunek i edukację. Musi się liczyć z tym, że ta druga opcja sprawi, że wychowaniem pociech zajmie się tzw. najbliższe otoczenie i kiedy będzie chciał pogadać z dziećmi, by nawiązać więź będzie miał do czynienia z obcymi duchowo osobami, które będą bardziej przypominać "babcię lub dziadka" albo rodziców żony, którzy zazwyczaj nie przypominają nikogo. Przyjmijmy, że założenie rodziny jest marzeniem człowieka, który też ma marzenia i chciałby się realizować w swoich pasjach. Gdy dojdzie do zderzenia embrionu z marzeniami i chce być dobrym ojcem musi poczekać aż embriony zaczną jarzyć, by też zarazić ich pasją. Do tego czasu bycie dobrym ojcem polega na doglądaniu kijanek w stawie, bo trzymając się swoich pasji bycie ojcem polega na tej jednej nocy, kiedy trzeba zalać formę do budowy stawu.   

W czasach totalnej biedy życiowej jaką mamy teraz, gdy czas spędzony z rodziną polega na załatwianiu spraw związanych z pracą albo na życie pretensjami, że ciągle za mało się zarabia bycie dobrym ojcem może polegać na zastanawianiu się kogo udusić pierwszego, gdyż ta totalna pogoń za "złotym środkiem" staje się jakimś wynaturzeniem potrzeb i niemożności pogodzenia czegokolwiek z czymkolwiek. 

Myślę, że w dzisiejszych czasach najlepszym ojcem jest osoba, która nie może mieć dzieci. Tak, i to jest ten "złoty środek" w naszych jakże ciekawych czasach.

10:06, osho713
Link Dodaj komentarz »

...zupełnie, gdzie indziej niż jestem.

Czy to nie fantastyczne, że można pomyśleć: "ach, jakże cudownie byłoby  teraz być gdzie indziej? W jakimś rajskim miejscu na plaży? Albo znów być dzieckiem?" - to się nazywa wyobrażenie. Myślenie to działanie nawykowe i ma dużo wspólnego z naszym programowaniem od najmłodszych lat. Takie "rzeźbienie umysłu" odbywa się dzięki wychowaniu. Może być wzbogacane o nowe doświadczenia, zdobytą wiedzę i z całą pewnością uwarunkowane okolicznościami środowiskowymi. To nic odkrywczego.  Czy to wpływa na jakość życia? Bezsprzecznie. Przy okazji kształtuje nasze samopoczucie wprawiając wielokrotnie w dobry lub zły nastrój. Co dość ważne może stanowić o naszym stanie zdrowia w dłuższej perspektywie. Jakiś idiota wymyślił i nawet powiedział, że "myślenie ma przyszłość". 99 % tego procesu to ogromny wydatek energii, który nas zwyczajnie zużywa, podobnie jak ciężka praca fizyczna, bez odpoczynku. 1% potrzebny jest nam, żeby...nie wpaść pod samochód.Wracając do przyszłości, to skoro żaden człowiek nie ma przyszłości jak jego myślenie może mieć przyszłość? Sam proces myślenia doprowadza do działania, a w konsekwencji (jak większości się zdaje) kształtuje rzeczywistość, lecz mimo jej pozornej zmienności jest ona poza zasięgiem ludzkiego myślenia. Pozbawiona wpływu myślenia rzeczywistość wyrywa się spod władzy człowieka. Stara opowieść o Lao Zi, który zabiera jednego ucznia na wzgórze, by podziwiać zachód słońca, bez wypowiadania choćby jednego słowa, a także by nie myśleć wskazuje, że jedność natury i rzeczywistości odbiega znacznie od sensu jej postrzegania. Myślenie bowiem jest zaledwie jej interpretacją, sposobem postrzegania otoczenia według własnych uwarunkowań. Tworem ubocznym myślenia są emocje, które w sposób pośredni lub bezpośredni wpływają na nasze odczuwanie rzeczywistości. Myślenie życzeniowe typu: "jestem wielki, jestem najlepszy, jestem beznadziejny albo do dupy" są także emocjonalnie niezrównoważonym wytworem ludzkiej wyobraźni. Kiedy Aleksander Wielki zakończył swoje podboje ponoć rozpłakał się jak dziecko uznając, że kres jego drogi oznacza koniec jego wielkości. Myśl wielokrotnie potrafi być tak przygnębiająca, że doprowadzony do rozpaczy człowiek może sobie lub komuś odebrać życie. Prostym sposobem na zażegnanie problemów myślowych jest uświadomienie sobie faktu, że większość myśli stanowi odrealnienie wszystkiego, co proste i że tak naprawdę nie jest ono tożsame z tym, co stanowi o istocie egzystencji, która w połączeniu z naturą jest poza zasięgiem wszelkiego rozumowania. W zasadzie dwa fakty w życiu człowieka są połączone z rzeczywistością (choć nie do końca pewnymi w swojej odsłonie) - urodził się i umarł. 

Warto zauważyć np., że przed chwilą dokonując zapisu pomyślałem, że skopiuję tekst, by go nie utracić, pomyślałem też, iż zapewne wywali mnie z zalogowania i będę musiał znów wpisywać login i hasło, tak się jednak nie stało. Myślenie znów rozminęło się z uporczywie podtrzymywaną "prawdą", która lubi być inna niż rzeczywistość.

06:37, osho713
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 lipca 2018

...Ta gonitwa za pragnieniami, za pilnymi sprawami i ciągłym chwytaniem "wiatru w żagle" albo bycie "człowiekiem sukcesu", jak kto woli...bo też i bycie zmartwionym, zatroskanym, wciąż zaborczym lub wycofanym, nieszczęśliwym lub szukającym ciągle szczęścia, ale nieusatysfakcjonowanym....i tysiące innych rzeczy, które są problemem lub nie, lecz w jakiś sposób ważne, bo dominujące w naszej psychice za sprawą nierzeczywistych przeżyć...w moim języku mieć wyjebane oznacza oczyszczać się z tego co trudne, by z przygnębiających rzeczy teraz utworzyć farsę możliwie jak najszybciej, gdyż mija dużo czasu zanim staniemy przed prawdziwym sobą i zaczniemy znów popadać w piskliwe zawodzenie, że zawsze byliśmy czymś zajęci szukając siebie i dobrych uczuć, które były nam potrzebne do samo przebaczenia za to, że żyjemy, iż wszystkie trudne sprawy nic nie znaczą w obliczu czasu, który  w momencie przebaczenia sobie i innym przestaje mieć znaczenie; zupełnie jakby wieczność dotknęła wolności, której przez swoje zabieganie nie byliśmy w stanie odczuć. Brak tego uwolnienia się od napięcia sprawia, że nie widzimy niczego rzeczywistego, niczego prawdziwego, oprócz wyimaginowanych problemów i trosk przysłaniających codzienność, i to tak błahych, że..."śmiech na sali". Jesteśmy oddzieleni nie tylko od innych, widząc w nich problem, ale od samych siebie i przez społeczne uwarunkowania stłamszeni bezbłędnym dążeniem do doskonałości, której nikt nie jest w stanie sprostać. To, co mi się podoba w jodze to to, że próg doskonałości przekraczasz każdego dnia, widząc jak o jeden centymetr uwalniasz się od braku elastyczności swojego umysłu. Widzisz inaczej tą samą rzecz, czujesz inaczej to, co kiedyś  (może nawet wczoraj) było tak trudne i bolesne do przeżywania. I to, moim zdaniem, warto ćwiczyć codziennie w normalnym życiu, nie dając szansy umysłowi, by nas na dobre uwięził.

I mimo, że wszystko dla każdego z nas kończy się tak samo wcale nie musi być tym samym.

11:41, osho713
Link Dodaj komentarz »

Usposobienie do wyszukiwania sobie problemów jest cechą wielu narodów.

Owocem pracy nad zależnościami umysłu jest dystans do tego, co nam się przytrafia.Ludzka mentalność w znacznej części kieruje się indywidualnym wyobrażeniem o tym, jak ma wyglądać świat, przeważnie ten idealny, taki bez wad. Wyobrażenie np. o świętości, o relacjach między ludźmi, o tym nawet jak powinny wyglądać zajęcia z jogi stawia człowieka w trudnej sytuacji, gdy przyjdzie mu prześledzić znaczenie tego, co jest istotą wyobrażenia, a ukrytym sensem wyzwolenia się od niego. 

Osiąganie sprowadza się do pewnych rezultatów, których się spodziewamy dla siebie, czyli wyobrażeniem tak naprawdę. Idziesz do lekarza i spodziewasz się, że wrócisz do zdrowia, przychodzisz na zajęcia i myślisz, iż są one antydotum na zmianę w sprawności, żenisz się i myślisz, że będzie ci łatwiej w życiu stworzyć dom, połączyć przyjemne z pożytecznym i za każdym razem, cokolwiek tu wpiszesz to wyobrażenie odbiega od rzeczywistości.

Kiedy ludzie słyszą "przestań myśleć, rób, ćwicz, bądź zamiast zastanawiać się, czy to dobre czy złe" już nigdy nie wracają na zajęcia. Mało tego, kiedy usłyszą: "miej wyjebane" ich światopogląd zaczyna doznawać szoku pod każdym względem. Budowanie dystansu i oderwanie się od mentalnych nakazów umysłu zaczyna się od dystansu do siebie. W połączeniu z tym, co słyszysz, a tym co czujesz i w związku z tym jako całością istnieje relacja zwana ego - ja. Nie zmienia się niczego poprzez myślenie, a przełamuje się wszystko za sprawą odczuwania w sposób mentalny dystansu, pozbawionego myślenia. 

Twoja choroba nie ma nic wspólnego z tobą, a z twoim mentalno - myślowym nastawieniem, joga nie musi mieć nic wspólnego z mantrowaniem i unoszeniem się w powietrzu, zajęcia nie muszą być ładne i pasujące do mentalności kogokolwiek. Ćwiczenia nie służą temu, żebyś stał się młodszy i już nigdy nie chorował, ale żebyś nabrał dystansu do wszystkiego, co cię spotyka. Jeśli robisz to w konkretnym celu, który zakłada jakąś cudowną przyszłość to lepiej w niedzielę idź na cmentarz, tam są wszyscy, którzy myśleli, że zawojują świat i też mieli wyobrażenie jak ma wyglądać.

Oczekiwanie na cokolwiek powinno przestać istnieć. Mentalnie zużyty człowiek oczekuje, że życie przebiegnie po jego myśli, a otaczający świat wciąż będzie inny. Małżeństwo nie jest sielanką, dzieciństwo nie zawsze jest radosne, choroba nie zawsze jest śmiertelna, ale zazwyczaj jest wstępem do wiecznego odpoczynku. I to też jest dobre.   

P.S. Spodobało mi się moje ostatnie stwierdzenie: "zajęcia były delikatne, bo nikt nie umarł". Przy nowo przybyłych to zdanie działa jak magia, zostają sami Najlepsi z Najlepszych, których serdecznie pozdrawiam i dziś będą kolejne wciry.

 

07:20, osho713
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 lipca 2018

stopnia świadomości....

Kurczak w curry po prostu palce lizać. Do szczęścia może brakować zaledwie odrobiny słodkiej śmietany, choć już jest wyśmienity. Uważam, że wciąż jesteśmy na coś niegotowi, brakuje jakiegoś składnika albo odrobiny przychylności losu, żeby być w pełni szczęśliwym, a jednak świadomość, że tylko jedna noga mnie boli sprawia, że druga jest mistrzynią świata w zdrowotności; i ta cieszy mnie najbardziej. Słabo widzę od nadciśnienia, ale kiedy założę okulary do czytania widzę lepiej, zresztą czasem lepiej działać na dotyk albo czegoś nie widzieć.

Pominąwszy te narzekania o brakach mamy szansę doświadczyć niecieszących się popularnością wśród narodu szczęść, których sobie zupełnie nie uświadamiamy. Nie chciej wznieść się na wyżyny, a nie będziesz miał skąd spadać, po prostu to, co jest do zrobienia jest tym, co należy zrobić. Jeśli wkładamy w to wolne od napięcia serce będzie tą doskonałością, o którą nie trzeba ani walczyć, ani zabiegać. Zmienne plany to okazja, by zrobić coś innego i być gdzie indziej. Chcieć być tam, gdzie się jest oznacza, że jesteś naprawdę, a nie w jakimś wyimaginowanym świecie, którego wciąż szukasz.

Za każdym razem, gdy doświadczamy spokoju możemy być bezgranicznie szczęśliwi, nie dążąc nigdzie i nie chcąc więcej.    

15:30, osho713
Link Komentarze (1) »

Po wpisaniu tego hasła w wyszukiwarkę już jest się szczęśliwym. Dobrostan, który towarzyszy  temu pojęciu zawładnął światem. Właśnie listonosz przyniósł rachunek za prąd, a to oznacza spadek poziomu szczęścia o kilkaset złotych. Zaraz przyjedzie inkasent z wodociągów i poziom szczęścia spadnie o kolejne złotówki. Są czynniki, które wpływają na jego poziom bezpośrednio lub pośrednio, a żadna z opcji, którymi kieruje się współczesny człowiek nie gwarantuje stałości w jego pomiarach. Znaleziono hormon odpowiedzialny za jego odczuwanie, odkryto zadowolenie i satysfakcję, stworzono nawet wzór, które przybliża człowieka do jego odczuwania, a ludzie i tak tęsknią za tym, czego nie mają uznając, że właśnie to uczyni ich szczęśliwymi.

Kiedy załączy się w człowieku poszukiwacz w jego zamierzeniach pojawia się pragnienie, które towarzyszy mu prawie przez całe życie. Dołącza do tego cały tabun ludzi, handel, usługi, zaangażowanie by zarobić na poszukiwaniu szczęścia przypomina gorączkę złota, która kończy się i zaczyna w ludzkiej głowie. Można np. otrzymać takiego maila od "JAŚKA": Jeśli będziesz to wcierał ....Panis może urosnąć trwale o 4 cm" Innym razem "Józef" ostrzega cię przed grzybicą, i możesz użyć jego kremu, który podejrzewam też jest tym samym, który oferuje Jasiek na penisa. Potem "Dorota" zaproponuje ci maseczkę za pół ceny usuwającą wypryski...

Każdy w najcudowniejszej komórce społecznej zwanej rodziną jest narażony na to, że jedno ma za małego penisa (drugie przeważnie nie) i może być przez to nieszczęśliwy, a po rodzinnej wizycie na basenie wszyscy mogą dostać grzybicy i nawet twarz może być narażona na różne nieszczęśliwe wypadki. Dlatego też należy szukać szczęścia w kremie. 

Jednym z czynników wpływających na brak szczęścia jest ewidentnie strach przed małym penisem, wypryskami i grzybicą.  Wygląda na to, że świat zaczyna uprawiać onanizm mentalny, znacznie bardziej angażujący wyobraźnię, które na podstawie strachu tworzy sposoby na zaspokajanie dążenia do bycia szczęśliwym.

Patrząc od początku do końca (znajdź ukryte obiekty swojego szczęścia w tych zdaniach):

- dostajesz wóz strażacki albo lalkę jako dzieciak i za chwilę jebniesz to w kąt

- zaczniesz przynosić dobre oceny ze szkoły i zauważysz, że poziom radości rodziny zależy od stopniowania, a 99% tego, czego się uczysz do niczego ci nie jest potem potrzebne

- zakochasz się szaleńczo, a potem zauważysz, że twój obiekt pożądania przypomina kogoś, kogo nie znasz i nigdy nie poznasz, więc pomyślisz: "o kurwa".

- postawisz dom, a potem przez resztę życia będziesz zapierdalał, żeby to utrzymać

- narobisz dzieci, które pójdą w pizdu

- będziesz szczęśliwy, gdy przejdziesz przez chorobę, która wyłączy cię z kręgu towarzyskich zainteresowań

- zaczniesz się cieszyć, gdy będziesz pamiętał, gdzie jest sracz

- i wreszcie odbędziesz ostatnią podróż bez kremu na penisa i nawet grzybica ci nie będzie straszna, bo zniknie raz na zawsze maska z twojej twarzy, która musiała się wciąż uśmiechać, gdy pędziłeś za czymś o czym nie miałeś nigdy pojęcia... zaangażowany życiowy onanisto.

11:44, osho713
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 lipca 2018

Nie ma co za bardzo...zastanawiać się nad tym jak będzie wyglądać nasze życie...stos uprzedzeń to nic fajnego. 

Wystarczy minuta, aby zmienić nastawienie albo też przez resztę życia istnieć w podrygach dupowatej obawy o przyszłość. Bywa, że nie potrafimy ruszyć z miejsca, a całość zwyczajnie przypomina to samo, i tak dzień za dniem. Chybotliwość nastrojów, podobnie jak zdarzeń nie po naszej myśli to cechy charakterystyczne codzienności. Zdarzenia zaplanowane, zrealizowane, usatysfakcjonowane są akceptowalne. Na starcie plany są dość obszerne:"zrobię to lub tamto, dokonam tego lub tamtego...", po czym zderzamy się z ponurą prawdą, że droga stając się wyboista wykrzywia plan A, dezaktualizuje plan B i dochodzimy do planu C, którego nigdy nie planowaliśmy. Zazwyczaj plan C sam się pojawia. Pipa w kapuście. 

Nasze nastawienie, że coś ma wyglądać tak, a nie inaczej, czyli wykreowany przez uwarunkowania pogląd na świat w zderzeniu ze zmieniającymi się (nieprzewidywalnymi) okolicznościami sprawia, że życie przypomina sranie w banie, a nie tamburyn rytmu szczęścia. 

A czego się spodziewałeś, drogi bracie i siostro?

Teraz pytanie kuriozum: czy to nie fajnie, że coś się nie udało?

Prawda ma to do siebie, że może funkcjonować jako absurd i w tym, gdzie zamierzenia rozchodzą się z rzeczywistością jest lekarstwo, a nie powód do załamania rąk.

Zasada absurdu działa zawsze i ma się świetnie w każdych okolicznościach : rób to, czego ci zakazują i żyj tak jakby to, co ci się nie udało było sukcesem, a nie porażką. 

Określenie "ci zakazują" oznacza całkowitą rezygnację z dotychczasowych przekonań. Jeśli wierzysz w wielką miłość, poczekaj aż ktoś spierdoli ci życie, kiedy się tobą znudzi albo po prostu zrezygnuj z tego szaleńczego ideału już teraz. Ta wpojona, absurdalna tęsknota za czyimś ideałem, by samemu uzupełnić nim swoje braki zupełnie nie działa. Tak zazwyczaj patrzymy na ludzi będąc nimi zauroczeni z powodu naszego wyobrażenia o czyjejś doskonałości. Każda następna "przygoda" tego typu oznacza, że stoisz w gównie po szyję i nie żyjesz. Ale powiesz: zdarzają się przypadki...tak kiedy jesteś wciąż piękny i gładki, lecz to przemija....więc...

Wszystko co cię fascynuje, a sprawia, że jesteś lekko podenerwowany albo emocjonalnie niestabilny ( w jedną bądź w drugą stronę ) jest do wykreślenia. A co do tych rzeczy może należeć?Wiele, oj wiele, a tu tylko kilka....

Kuriozalnie naiwne wierzenia w to, że jakaś siła czuwa nad tobą i zaraz w przypływie cudu twoja choroba przestanie istnieć. To potrafił tylko Kaszpirowski. Będziesz chorował częściej, doświadczał niemocy, zaników pamięci albo sikania bez kontroli...tak... zdarzają się wyjątki, lecz obawa, żeby do tego nie dopuścić to marna sprawa. 

Sprawy, na które nie masz wpływu m.in: polityka, kurewstwo albo świętość....są poza zasięgiem rzeczywistości i stanowią o odczłowieczeniu, podobnie jak wiedza, która wydaje się nieskończona, ale w wielu przypadkach się nie sprawdza. Jedno twierdzenie z wczoraj dziś jest tyle warte co nic. Twoja choroba zdiagnozowana i określona jako przypadek beznadziejny  będzie właśnie taka, gdy zgodzisz z tym stwierdzeniem i po prostu w to uwierzysz. To nieprawda, że musisz przeżywać ją tak jak wszyscy, prawdą jest, że umrzesz, jak każdy, ale czy to oznacza, iż musisz przestać żyć, bo jesteś na to chory? Każdy z nas ma wyrok w zawieszeniu, każdemu przydarzy się coś, czego nie jest w stanie przewidzieć.  To, że ktoś nazwie cię głupim stanowi dla ciebie przywilej, głupi po prostu może więcej...wszyscy chcą być mądrzy i dlatego tak ściskają poślady, by tego nikt nie zakwestionował, nasza mądrość wczoraj jest głupotą dziś i to jest bardzo zdrowy objaw.

W tej zasadzie najfajniejsze jest to, że nie jest żadną zasadą, bo gdy śpiewa jakiś idiota z dumą w sercu hymn państwa, które go dyma, to duma chyba jest tym największym dymaniem. Patrz na takiego i śpiewaj jeszcze głośniej : " Znowu w życiu mi nie wyszło..." Budki Suflera,i dośpiewaj "...i zajebiście". 

Od zawsze żyjemy w świecie, który jakoś nas dyma, wprawiając już na starcie w obawy typu: "dasz radę, musisz być najlepszy, bądź dobry, liczy się pierwsze wrażenie. musisz dobrze wyglądać....ładnie się zachowuj, dobrze się ucz...będziesz wielki, jesteś wielki...."

Zasada absurdu objawia się w prosty sposób -  to wszystko z czasem przestaje mieć znaczenie i im wcześniej odczujesz, że masz na to wyjebane, tym szybciej odżyjesz. Nie wszystko musi się udawać, ostatecznie przecież życie okazuje się wielką przegraną w tym absurdalnym poczuciu wieczności obiecanej wszystkim, którzy już nic nie mogą powiedzieć. Na koniec nowy hymn państwowy dla nieudaczników, czyli wszystkich śmiertelnych:

 

07:30, osho713
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 02 lipca 2018

A ludzie pytają: " co z dobrymi wspomnieniami?" 

Co to zmieni, że wrócisz do wspomnień z bliską osobą, która np. już nie żyje? Wykreujesz rzeczywistość, której nie ma. Nawet "zła" teraźniejszość jest lepsza od nieistniejącej "dobrej" przeszłości, bo jest chwilą, która doda ci odwagi, by przestać uciekać przed sobą.

Lubimy żyć ułudą, ona sprawia, że czujemy się lepiej, lecz stan nieudacznika nigdy się nie kończy. Wzniosłe chwile unoszą, dołujące dołują i nigdy to się nie skończy, bo w pogoni za lepszym jutrem, które było wczoraj teraźniejszość nigdy nie nadchodzi.

06:23, osho713
Link Komentarze (3) »
niedziela, 01 lipca 2018

Czasem można zachodzić w głowę do kogo są skierowane moje wpisy? Większość z nich jest to efekt rozmów z ludźmi, z którymi na co dzień przebywam, niektórzy z nich czytają moje wpisy i potem się "czepiają", zazwyczaj siebie, bo mnie się nie da;) Stanowią odzwierciedlenie pewnego zarysu codzienności, z którym mam do czynienia. Uznaję, że każda z osób, bez względu na to, jak bardzo jej poglądy mogą się nam nie podobać zasługuje na szacunek i choć niektóre z nich wydają się odczłowieczać człowieka, to są one zaledwie ułamkiem jego przeżyć, a nie całością, z której powstał. Dana chwila po prostu tworzy taki moment, w którym słabość albo też siła zdają się wysuwać na pierwszy plan; pod tym wszystkim jednak czai się swoisty czar jakim jest Istnienie.

Dziś odpowiedź dość oficjalna dla Człowieka, którego od zawsze darzę ogromnym szacunkiem, mimo iż osobiście nigdy nie dane było nam się spotkać.

Co by robił człowiek, gdyby się nie męczył(a przy okazji innych)? 

Drogi Nezumi:)

Jestem dość często zmęczony, ale potrafię odróżnić chwilę niemęczącą od męczącej. Nie wszyscy mają ten przywilej. Tak czuję, że ludzie bywają męczący dla innych, gdyż sami nie potrafią siebie znieść, że są zmęczeni. Nachodzi ich obawa, że już nigdy nie będzie im dane poczuć, czym jest naprawdę chwila spokoju, a to z kolei w niezauważalny sposób przenosi ich w ten świat upierdliwości, by ktoś ich w ogóle zauważył, Chcą dać znać światu, jak bardzo chcieliby być potrzebni, lecz nikt ich już nie słucha...i przy tym nie słyszą siebie. Często nie potrafimy się nie męczyć, gdyż uważamy, że nie zasługujemy jeszcze na wypoczynek, ponieważ człowiek, który nic nie robi jest dla świata zbędny, a to się okazuje, iż on sam czuje się niepotrzebny. Nie przystoi nam też okazywać zmęczenia, bo to z kolei oznacza słabość i malkontenctwo, a te cechy są napiętnowane brakiem akceptacji z zewnątrz. I tak w kółko Macieju...

Gdybym się jednak nie męczył chyba bym nie znalazł w niczym wytchnienia, a to z kolei dałoby się odczuć jako nuda. Jak wiesz natura nigdy się nie nudzi i wygląda na to jakby nigdy się nie męczyła, ale gdyby tak było nie mielibyśmy ewolucji we wszystkim co żywe, a nawet z pozoru martwe.  

Co człowiek będzie robił, kiedy uwolni się od wszystkich ułomności i ograniczeń świadomości?

Wtedy będzie robił to samo, tylko z większą uwagą i starannością o chwilę obecną, w której świadomość pomoże mu zrozumieć, że sam jest zdany na siebie w każdej możliwej chwili, i że taki sam los dzielą z nim inni, którzy tak jak i on muszą uporać się ze swoimi problemami. Najlepsze jest to, że w naszym wymyślonym świecie nie ma gotowych rozwiązań ani recept, a jeśli komuś wydaje się, że istnieją to znaczy, iż nigdy nie będzie sobą naprawdę. Cokolwiek nie zostało zbudowane kiedyś w końcu będzie zburzone, a ten "wieczny ruch" pozwala zrozumieć, że w pewnych sytuacjach nie trzeba niczego na siłę poprawiać ani rozwiązywać i w pewnym sensie odczujemy, że potrzebny jest także bezruch; bo zazwyczaj nic się nie dzieje i dziać nie musi. To z kolei skieruje nas na drogę szanowania każdej chwili, w tym także sensu nicnierobienia, która odzwierciedla bezruch. Można przełożyć to na trend, w którym zauważymy sens, że energia wypoczynku staje się cenniejsza niż ciągłe dążenie za wszelką cenę do rzeczy wielkich, a jednocześnie, że małe są równie ważne jak te nieosiągalne, jeśli nie ważniejsze. Uwalniając się zaczynamy zdawać sobie sprawę, że każda rzecz albo działanie nie muszą doprowadzać do szamotaniny z losem, który często zdaje się być przeciwko nam. Dzięki temu możemy pozbyć się ograniczeń, w których jesteśmy przekonani, że uczyniliśmy tyle bezsensownych rzeczy, że nie wystarczy czasu, by odnaleźć w życiu sens. Niekiedy bezsensowne wydarzenia mają więcej sensu i mocniej potrafią uczynić nas świadomymi, niż te, które wszyscy uznaliśmy za sensowne, a i tak prowadzą do tego samego.   

 

09:57, osho713
Link Dodaj komentarz »

Ponoć działa cuda, ale tak naprawdę albo się uda albo nie uda.

Miara sukcesu opiera się na desce, tej od sedesu.

Nasza pogoń za czymś ambitnym rozpoczyna się od fali entuzjazmu, istnieją rzeczy bardziej lub mniej inspirujące do działania. Towarzyszy temu wiara, że cały nasz wysiłek przeleje się do naczynia, które wypełni się po brzegi obfitością doznań i korzyści. Spośród wielu zauważalnych oznak zaangażowania np. : w pracę, dom, czy wychowanie dzieci pojawia się z czasem czynnik mocno ukryty, który zwie się naiwnością, "mówiący" że przynajmniej część z tych dokonań ma jakiś głębszy sens. Im większa naiwność, tym więcej entuzjazmu do zmian, osiągania celów, "budzenia w sobie lwa", podejmowania kolejnych prób, zbierania się w sobie. Bezsprzecznie, jeśli nam na czymś zależy możemy wiele z siebie dać. Wierzymy, że skoro innym się udało nam też może się udać. Nader często jednak nie widzimy, że wiara i sukces to doznania chwilowe, a w całym tym mozole dążenia zaczyna brakować sił i czasu, żeby cieszyć się z drobiazgów, które same gdzieś znikają na zawsze z naszego życia.

Jak mówi mnich: "wszyscy jesteś nieudacznikami".

I to jest prawda, która objawia się najpóźniej. Przychodzi bowiem chwila, w której tracimy wszystko, a całe wcześniejsze zaangażowanie przestaje zachwycać i pozostaje nam jedynie skupić się na sobie, by przejść przez ostatnie drzwi, za którymi zupełnie nie wiadomo co jest. Tu nie pomoże żadna wiara, ale za to wyjdzie cała naiwność, wynikająca z wcześniejszego poświęcenia dla rzeczy, które zatracą swój sens.

Przez większość życia doznajemy upadków i wzlotów, które stanowią o sensie i bezsensie; gdy upadamy sens znika, ale pozostaje naiwna wiara, że znów możemy się wznieść. Pomiędzy nimi zdarzają się momenty, gdy zwyczajnie czujemy się jak w czarnej dupie.  To najlepsza chwila, aby zdać sobie sprawę, że  to o wiele za dużo (jak na jednego człowieka) i o wiele za mało, żeby mieć siłę do radowania się z czegokolwiek. Ten impas może się przeciągać w nieskończoność. Jednakże to najlepszy moment aby zauważyć, że cokolwiek nie próbujemy uczynić, a się nie udaje lub udaje zabiera nam z życia kawał czasu, w którym my sami przestajemy istnieć; szczególnie dla siebie. Znika intymność przeżywania radości, ponieważ nasz sukces w niezauważalny sposób powoli traci na znaczeniu, a na pierwszy plan wysuwa się porażka i żywot nieudacznika staje się faktem. Wtedy też albo wracamy do schematu przeżywania naiwnej wiary, że znów się uda, bądź ulegamy większej presji bezsensu czynienia czegokolwiek.

Co nas doprowadza do tego stanu naiwnej wiary?

Jesteśmy nauczeni życzeniowego myślenia, natarczywie powracającego, w którym nie odnajdujemy siebie, lecz same pojęcia, w których my jako osoba możemy wpływać na świat. Gdy zbliżamy się do krytycznej granicy bezsensu czujemy, że zostajemy sami z tym, co wydawało się tak ważne, a zanika w natłoku zdarzeń, bo te z pozoru są inne od tego, czego sami pragniemy.  Rzeczy dzieją się nie po naszej myśli, przestają pasować do pewnych schematów i wytracamy impet przez zwykły brak sił.

Tu pojawia się przekonanie, że człowiek bez wiary i siły traci na znaczeniu dla świata. Stąd też w wielu z nas bierze się potrzeba emanowania poglądem na życie, które usłyszy świat. Spoko, też miałem takie przekonanie. Świat niestety nas nie słucha, nie jest zainteresowany naszymi sukcesami, i co chyba najlepsze, także naszymi porażkami.

Zaletą świadomości, która dociera z czasem jest fakt, że  cokolwiek nie zrobimy to pozorne zainteresowanie świata bywa chwilowe. Tak naprawdę nadal to my jesteśmy zainteresowani  rozpamiętywaniem porażek, bądź desperacko pragniemy zaistnieć w sukcesie.  Zwątpienie to najlepszy moment, by nie czepiać się naiwnej wiary ponownie, ale po prostu robić to, co jest tylko zwykłym etapem w życiu. Świadomość, że sukces jest nam potrzebny, by po prostu się cieszyć z tego, co robimy to najwyższy przejaw zdrowej wiary, iż życie to rodzaj zabawy, który nie trwa wiecznie i nie zawsze będzie przyjemny, ale dopóki "piłka w grze"....Dlatego chwila zdołowania bywa potrzebna, aby nacieszyć się sobą świadomym, że na "chuj mi ten cały pęd i cyrk, w którym tak naprawdę sam z siebie robię małpę?". Mam tu na myśli permanentny samokrytycyzm, krytycyzm i często nawet ostracyzm i - izm, - cyzm...Nie lubimy siebie za to - choć na to często wskazujemy - że nam się coś nie udało, ale za to, że patrzą na to inni.  Jedyne, co nam pozostaje to zauważyć, że torturujemy samych siebie, a większość ma to zwyczajnie w dupie, bo są zajęci własnym życiem. Tak samo naiwnie wierzą, że coś ugrają, ale tylko się usrają, jak my wszyscy. To jedna z inspiracji do wyjścia z dołka i może być motywem przewodnim do robienia rzeczy bez poczucia straty, poczucia winy albo poczucia czegokolwiek. To, czy jesteś grajkiem ulicznym, czy prezesem ma dla świata takie samo znaczenie, jak wizyta papieża Franciszka wśród bezdomnych albo zmiana sposobu sikania do sedesu - ze stojaka na lęgowego ptaka.

07:24, osho713
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 25 czerwca 2018

...do końca" - rzekł kibic przed meczem. 

Puenta: rzeczy brane na wiarę zrobią z ciebie w końcu fujarę. 

 

16:51, osho713
Link Komentarze (2) »

Burza, nieduża, ale zawsze burza. Drzwi garażu otwarte, obiad zrobiony, pranie powieszone, oczywiście nie na deszczu:)))

Dlaczego tak to wertuję?

Wyzbycie się emocji nie stanowi o zwichrowaniu całkowitym, lecz o ich wygaszeniu, tak by doprowadzić do równowagi wewnętrznej. Jeszcze dwa tygodnie temu większość kibiców piłkarskich jadła tylko Berlinki, używała jedynie Rexony i podcierała się...? Czy któryś z piłkarzy to reklamuje? Zaledwie kilkanaście lat temu byliśmy szczupłym, w miarę zdrowym społeczeństwem, nieszczęśliwym z wielu powodów, ale szczęśliwym z innych powodów. Dziś mało kto rozumie, czym może być szczęście z powodu banana na stole albo cukierka, którego smak znamy z wyjazdów wujka zagranicę. Do tego trudno jest znaleźć niezapracowanego, nawet bezrobotnego, bo ten mając więcej czasu "pracuje" na swoje wrzody oglądaniem prymitywów telewizyjnych. Kiedyś ludzie czytali książki, dziś czytuje się książkę, która jest bestsellerem, a że wszystkie z reklam takie są ich treść naprawdę nie ma znaczenia.

Żeby coś zjeść wystarczy z pozycji sedesu kliknąć enter i prosto na kibel dostaniesz kolejną dawkę emocji kulinarnych. Bodźce z zewnątrz ograniczają się do wrażeń płynących ze smartfonów, krótkich informacji i życzeń przez sms oraz złych wieści, o których rozmawia się bez przerwy. Poczucie zagrożenia i potrzeba bezpieczeństwa przybierają stan ciągłej gotowości do zachowań agresywnych, jakie czasem nazywamy  demokracją. Wszyscy oszukują wszystkich, dając im jednocześnie zapewnienie o uczciwości, bo chociażby jogurt zero procent tłuszczu ma najebane tyle cukru, że ten w nadmiarze zamieni się w tobie na tłuszcz. Ale...masz? Masz, proszę. 

Czy to są drobiazgi? 

Można nie korzystać przecież, można żyć po swojemu. Ale czy na pewno? 

Podniecenie czai się na każdym kroku i jeśli jesteś niespotykanie spokojnym człowiekiem wraz z pożywieniem możesz otrzymać dawkę substancji podtrzymujących twój stan niezrozumiałego dla ciebie napięcia. Do tego próba naprawiania świata w postaci zainteresowania polityką daje się dodatkowo odczuć nawet dla tych, którzy nie są nią zainteresowani. Patrząc na to, co dzieje się dookoła można odnieść wrażenie, że ludzie nieszczęśliwi nie są nieszczęśliwi, bo mają powód być nieszczęśliwymi, ale dlatego, że znaczna większość już nie wie jak sobie z tym poradzić. Jeżeli w domu masz jednego malkontenta to możesz być pewien, że twoja równowaga przypomina biegunkę i Alzheimera w jednym momencie. C.D.N.

15:41, osho713
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 czerwca 2018

Gdy słyszę słowo "refleksja", szczególnie ta nad życiem, przychodzi mi na myśl pustosłowie...

Kiedy spojrzymy z góry albo...lepiej...z perspektywy na nasze dokonania, weźmy kogokolwiek, tworzy się wizja niczego. Z wiekiem nie ma się ochoty naprawiać albo ulepszać świata, tory się zwężają, zbliża się tunel. Im bardziej staramy się zwrócić na coś naszą uwagę, tym mocniej wiemy, że to droga donikąd. Ci po nas jeszcze o tym nie wiedzą. Umysł zostaje z boku, ciało powoli zanika, a całe skupienie obraca się wokół istnienia, które widać. Tylko, czy widzisz to co widzisz, czy też widzisz to, co o tym myślisz albo w związku z tym czujesz?

Teraz refleksyjna perspektywa.

Słyszy się ostatnio o ludziach, którzy rzucili pracę w korpo i postanowili iść własną drogą, ta cała reszta ma im zazdrościć odwagi, ich życie się zmieniło na "lepsze". A co z resztą, która ze względu na małe dochody albo posiadanie dzieci musi zapierdalać na chleb? Odmieniaj swoje życie na lepsze, ale co to jest tym "lepszym"? Lepsze zło? Wczasy, na które zasłużyłeś czy kawałek ogródka do skopania? Czemu w ogóle pokazuje się przykłady, które jeszcze mają siłę podejmować wyzwania? Ich tunel jest zwyczajnie dalej albo w innym miejscu. Każde z tych działań ma na celu pewną odmianę. Zawsze tęsknimy za tym, czego nie mamy. Im więcej bagażu tym cięższa podróż. Skąd bierze się bagaż? Z tęsknoty, potrzeby więcej, lepiej, inaczej i każdy ma nadzieję przeżyć coś wyjątkowego. 

Kiedy już tego wszystkiego doświadczysz, gdy zaspokoisz głód przygody albo wychowasz gromadę dzieci okaże się, że pociąg do którego wsiadłeś ma coraz mniej wagonów, a tunel jest bardzo blisko. Co wtedy da ci refleksja? Czym będzie przygoda, odmiana albo całe to poświęcenie, jeśli w tym wszystkim nie będzie ciebie? Nigdy cię nie było tam gdzie byłeś, ponieważ spędziłeś większość życia na wymyślaniu sposobów odmiany własnego życia, w którym tak naprawdę nic się nie zmienia. 

Nazwałem to NIEMYŚL, a istniej. 

NieMyśl to stan, w którym robisz to, co chcesz wtedy, gdy okoliczności sprawiają, że za czymś tęsknisz i tego nie masz. Po prostu jesteś, bez związku z tym, czego niby doświadczasz. Nie patrzysz na perspektywę dokonań, a na siebie, gdy wykonujesz rzeczy niechciane albo i chciane, lecz przez swoją zwykłość niezauważalne. Taka niby rutyna dnia codziennego. Jesteś przygotowany do wjazdu w tunel bez żalu, potrzeby naprawiania. Na końcu zawsze okazuje się, że siedziałeś sam w tej lokomotywie, w której inni dokładali do pieca, zmuszając cię niejako do robienia tego, co jest wymagalne dla ogółu. Z czasem zauważysz, że robisz to czego nie chcesz bez większego oporu - o wiele łatwiej pozbywasz się bagażu, który tworzy refleksję nad tym, czego nie masz albo, że twoje życie powinno wyglądać inaczej, bo wtedy byłbyś szczęśliwy. To mrzonka, a nie refleksja.   

07:49, osho713
Link Komentarze (2) »

Kult ciała tworzy przywiązanie i tylko cielok myśli, że na wieczność tu zostanie.

 

 

07:07, osho713
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 czerwca 2018

...nie przestaniemy się utożsamiać z tym, co przemija, nigdy nie będziemy wolni.

08:26, osho713
Link Dodaj komentarz »

Alternatywą dla religii stała się nauka.

Jak już lecimy w kosmos i nie ma tam dziadka z brodą, który za dobre nagradza, a za złe karze to może to, co zleci ci na łeb będzie tym w co uwierzysz? Jeśli istnieje jakiś sens w nauce to na pewno jest jeszcze nieodkryty, więc uczmy się dalej, by odkrywać rzeczy oczywiste, lecz jeszcze niewidoczne gołym okiem, bo jak się pierdolniesz w palec to chociaż nauka, która wymyśliła bandaż owinie ci palec.

Gdy z mroków kosmosu wyłoniła się jasność i powstała rzesza niewierzących, choć  nie do końca tak jest, to weszliśmy w erę zagłady całkowitej. To zwykła ludzka ciekawość każe nam dłubać w "penisie rozwielitka". I jakby powiedział zacny De Mello: "umiemy latać w kosmos, ale nie umiemy się dogadać między sobą". Także drodzy naukowcy wszelkiej maści, wiedza, którą próbujecie odkryć może i jest waszą pasją, ale tak naprawdę służy tylko mamonie, w którą wierzą wszyscy; taki mały "bóg dolar".  

Jeśli chcemy być wiarygodni warto powołać się na badania. 

"Naukowcy z Uniwersytetu...." odkryli, że....i w tym samym czasie "naukowcy z innego uniwersytetu...." odkryli, że np. sól himalajska jest kurwa zdrowsza od soli w Wieliczki. Fajne nie? Zamknięto Wieliczkę, otwarto szlak do Tybetu, choć sól himalajską można by pewnie ukopać w Karkonoszach, ale przecież to za blisko.

Jagody Goji sprawią, że twoja erekcja poprawi ci wzrok rozszerzając także źrenice, a z moich badań wynika, że takich pierogów z naszymi jagodami jak moja babcia robiła nie robił nikt. Kto mi kurwa uwierzy, jak moja babcia nie żyje, a jej pierogi jadłem tylko ja i kilka osób z rodziny?  

Nauka ratuje nam życie. Tylko czy nie sprawi, że jeśli tak wydłuża nam to bezwartościowe życie, w którym raczej chodzi tylko o odrobinę radości, iż nadmiar penisów czy macic wywoła ogólną panikę i pozabijamy się sami o jedzenie w proszku?

Podejrzewam, że 90 % uratowanych istnień zachodzi w głowę "na chuj mnie ratowali"? Znów trzeba płacić rachunki, udawać, że się żyje, choć aż do kolejnej śmierci muszę srać do worka i oddychać przez respirator. Co zmienia w jakości życia ta "jakość życia" skoro nikt nas nie nauczył jak być szczęśliwym? Pozostaje być cynikiem i sceptykiem, bo innego wyjścia nie ma aż nadejdzie prawdziwie ostatni dzień. 

Badania np. wykazały, że leki na nadciśnienie musimy brać do końca życia, ponoć? to jak to jest, że trzeba je zmieniać, bo niektóre nie działają albo działają przez pewien czas. Ok nasze organizmy się zmieniają. Kiedy próbujesz na ulotce jakiegokolwiek leku dowiedzieć się jak działa, cztery strony A4 to skutki uboczne, tak na wszelki wypadek, żeby nie oskarżyć "naukowców" z koncernu farmaceutycznego o to, że sproszkowali tynk ze ściany, dając ci do zrozumienia, że to najlepsza forma magnezu. Wpierdalaj na zdrowie.

Z naukowego punktu widzenia można nawet odnaleźć przyczynę porażki polskich piłkarzy na mundialu. Ktoś teraz z lekka dochodzi do wniosku, że przyczyna może być ukryta w spodenkach Senegalczyków. Gdy zmierzą całość drużyny może się okazać, że wszyscy razem mają penisy równe długości równika i nasi nie mieli innego wyjścia jak spierdalać, żeby ich nie wydymali. I tak ich wydymali z nienaukowego punktu widzenia rzecz biorąc.

06:27, osho713
Link Komentarze (2) »

Wszystko wśród ludzi jest z góry ustalone, każdy w pewien sposób zna swoje miejsce, lecz gdyby chciał zaznać czegoś innego i gdyby zaczął żyć według swoich myśli i pragnień ma przejebane - ponoć mamy wybór, ale czy na pewno?

Człowiek niewierzący i tak posyła dziecko w łapy obrzędów religijnych i choć nie wszyscy tak robią to presja z zewnątrz nie pozostawia złudzeń. Z każdej strony taki dzieciak nie jest narażony na bycie wpierdolonym przez lwa (no chyba, że na wycieczce w zoo), ale zaszczutym np. przez kolegę z klasy, który będzie z niego szydził, bo należy do wspólnoty, a jak wiadomo wspólnota oznacza większość. To dopiero początek, bo większość z naszych młodocianych potomków rodzi się w jakiejś "kulturze". Ileś tam dzieci w dalekich krainach rodzi się na łonie natury, ale i tam wierzą w jakąś nadprzyrodzoną mrówczą erekcję, która tworzy mit. Rodząc się w jakiejkolwiek kulturze jesteśmy narażeni na stres środowiskowy i albo się dostosujemy albo...wypierdalać. "Gatunkowo" mamy bardzo prosty podział - dzielimy się na dwie płcie. Potem na masochistów i sadystów. Ten podział można dzielić dalej, lecz skupmy się na tym pierwotnym.

Środowiskowo i kulturowo masochistami są wszyscy i sadystami są wszyscy.  

Jeśli wnikniemy w wierzenia, bez których nie istnieje żadne społeczeństwo to każdy odnajdzie swoje miejsce w szeregu. I Każda z tych społeczności będzie uważać się za bardziej cywilizowaną od drugiej. Człowieka można ulepić, lepi się jego psychikę na wiele sposobów, ale najbardziej chyba rzuca się w oczy wpływ środowiska. Po pierwsze, mimo braku zagrożeń ze strony lwa, człowiek żyje żeby się bać, inaczej nie będzie częścią niczego i jeśli znajdzie się jakiś śmiałek, który powie, że pierdoli wszystko w czapkę będzie skazany na samotność, która według wielu też jest powodem, by się bać; samego siebie. To dlatego domy wariatów i często więzienia są pełne ludzi samotnych.  

Żeby przyszpilić samotnego skurwysyna wmawia mu się, że istnieje sumienie, które jest poddawane torturze dobra i zła. Ma to ogromny wpływ na kolejny podział, w którym sadyzm i masochizm oddzielają ziarno od plew. Przynależąc do gromady taki samotnik jest w stanie przetrwać, ale jest też wielce prawdopodobne, że albo się potnie w ciemnym kącie albo komuś ukręci łeb. Nie bez przyczyny podział "gatunkowy", o którym wcześniej wspomniałem, na podłożu religijnym ma wpływ na relacje międzygatunkowe. Tu się zapętla kwestia sadyzmu i masochizmu, i nawet jeśli czujemy się jednostkami wyzwolonymi w pewien sposób, a więc wydaje się nam, że wszystko możemy do gry zaczyna wkraczać schizma środowiskowa.  

Jak to się mówi: należymy do siebie.

Taki chuj jak Batorego komin, ale nikt o tym nie chce słyszeć. Gdy się dobrze rozejrzymy każdy ma się bać każdego i przy tym siebie. Za to co myśli, za to co chciałby zrobić, za to czego nie można lub nie wypada, czyli wstydzić za to, że żyje. Każdy nie rodzi się człowiekiem, ale rodzi się "kimś" (katolikiem, żydem, muzułmaninem albo innym cholerstwem), choć tak naprawdę w tych warstwach ogółu jest nikim i często kończy jako nikt. Mała prawda jest taka, że mimo tych fajnych haseł o miłości bliźniego coś takiego jak wolność do zrobienia tego na co ma się ochotę nie istnieje, a wątek miłości zamyka się w paru zaledwie zależnościach, które np. mówią tak: masz kochać swego męża, bo inaczej jesteś kurwą, a jeśli ktoś ci się spodoba i chciałabyś popłynąć w dal będziesz zamknięta w sobie i będziesz czuła się jak kurwa, choć niczego nie zrobiłaś.

To siedzi głęboko w psychice.

Rodzisz się skalany przez to że urodziłeś się człowiekiem, a to w co wierzysz zależy od tego, czy zostaniesz zaakceptowany przez resztę i czy zasłużysz na miano człowieka. Ten podział jest widoczny nawet w małych gromadach jak tzw. rodzina, gdzie liczy się "przynależność do organizacji", a nie to czego pragniesz, by poczuć się wolną istotą. I jak tu nie można mieć zjebanej psychiki, kiedy nawet sposób wyrażania myśli musi mieć pewną formę, a co dopiero, żeby ujrzał światło dzienne?

Nawet to jak formułujemy własne myśli oddziela poszczególne jednostki od reszty. W tej małej gromadzie jak ta niby rodzina jedno śledzi drugie. Często zdarza się, że: to dla ciebie zrobiłam sobie ten kolczyk na łechtaczce, ale tak naprawdę to przejaw buntu, żeby nie poniosła cię fantazja spod przymkniętych oczu, gdy mąż nie myjąc nóg będzie się próbował do ciebie dobrać, a ty zwyczajnie marzysz, żeby wreszcie ktoś pachnący cię dotknął inaczej. Wolno nam się poruszać po labiryncie, ale ścieżki są jasno nakreślone. Masz prawo błądzić, ale musisz pamiętać skąd się wywodzisz i dokąd zmierzasz. Stworzone mity o idealnych relacjach, piękne słówka, powtarzane zwroty jak wyklepana formuła, która ma scalić ludzi, by w oczach ogółu dobrze to wyglądało nijak się ma do naszych pragnień i potrzeb. I tak naprzemiennie tworzymy sadystów lub masochistów. W sumie można uznać, że w więzieniach siedzą nie ci co trzeba, bo nie ma nic gorszego niż zespawane mentalnie  kraty naszych własnych myśli i pragnień. 

Dla sadystów i masochistów stworzono traktat o moralności, który w zaciszu domowym nie działa. Za drzwiami możesz nienawidzieć tej całej reszty, a w szczególności siebie za to, że czujesz i myślisz inaczej, że masz kurwa dość obłudy, ładnych gestów i pustych słów.

05:28, osho713
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 czerwca 2018

...trochę podglądam  w sieci jak ćwiczą inni...i albo nie wiem, gdzie szukać albo świat zidiociał. 

Wszystkie ćwiczenia prezentowane przez ćwiczących są do wykonania, każda dysfunkcja do naprawienia, a zrobienie szpagatu to pikuś. Mało tego, każdy z zestawów prowadzi do sprawności, w której umiejętności Tarzana, wraz z sylwetką, nadają się tylko do rehabilitacji. Wszystko to zapewni nam wieczną młodość, unikatową w dziejach prehistorii sprawność i nawet w trumnie będziemy rypać pompki, gdy tylko przymkną wieko. Siedem sposobów na ładne sutki, cztery warunki skutecznej diety i jeden uniwersalny sposób na samotny onanizm w grupie, przy czym żadna z osób nie wie kto komu zrobił dobrze. Po prostu kurwa ćwiczcie. Najgorsze, że kiedyś też tak myślałem, ale od ludzi człowiek uczy się bardzo szybko.

Wszyscy już "wiemy", że osoba z nadwagą nie powinna biegać, ale niewielu wie, że osoba, która jest szczupła musi najpierw nauczyć się biegać, żeby nie wyglądała za chwilę,  jakby dopiero co zsiadła ze starej i grubej klaczy, a ta z nadwagą nie dymała po bieżni bez sensu i nie zapierdalała na rowerku stacjonarnym tak żeby odjechał.  

Żadne ciało na tych prezentacjach nie ma grama tłuszczu i przez cały rok wygląda tak samo, a z roku na rok nawet młodziej, przy czym ci ludzie nie srają w trakcie grypy jelitowej, mają wciąż nowoczesny i coraz bardziej skomplikowany sprzęt, a chwile depresji i złego samopoczucia nigdy im się nie trafiają, bo przecież ćwiczą. Mają do tego czas, żeby coś ugotować(oczywiście zdrowo, ja wpierdalam czasem mielonkę z Biedronki i żyję) , a żyjąc w pędzie ciągłego sukcesu (nie mają nic innego do roboty)  spędzają czas na regeneracji w ciepłych krajach. Idylla, normalnie jakby całe życie upłynęło na turnusie. 

06:45, osho713
Link Komentarze (4) »
czwartek, 21 czerwca 2018

Życie to nic innego jak umiejętność powolnego umierania.

14:31, osho713
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 czerwca 2018

Darować sobie wszelkie emocje - nie ma chyba nic cenniejszego.

Można zaoszczędzić na farbach, flagach i tym rozdygotaniu przed telebimem, a wydać na coś o wiele bardziej potrzebnego, jak np rolkę papieru toaletowego.

06:27, osho713
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 76